Marszałek i prezydent na moście Poniatowskiego


12 maja 1926

Wbrew pozorom to nie przedwojenna Masa Krytyczna, ale prawdopodobnie pierwsze chwile Przewrotu Majowego 12 maja 1926 roku i cywile spoglądający w kierunku Pragi na nadciągające wojska wierne Marszałkowi.

Prezydent Wojciechowski pojechał samochodem w kierunku mostu Poniatowskiego, by spotkać się z Piłsudskim. Mijał ulice pełne ludzi. Największe tłumy zbierały się na skrzyżowaniu Nowego Światu i Alei Jerozolimskich. Ludzie szli w kierunku mostu, ale zatrzymywało ich wojsko i policja.

Spotkanie marszałka Piłsudskiego z prezydentem Wojciechowskim miało kluczowe znaczenie w rozwoju dalszych wypadków. Gdy Wojciechowski dojechał do mostu, zameldował się u niego dowódca szpicy por. Henryk Piątkowski z Oficerskiej Szkoły Piechoty. Prezydent wydał mu rozkaz, by zamknąć most i nikogo nie wpuścić. Ten ustawił na miejscu dwa lkm-y i rozstawił część podchorążych w tyralierę. W połowie mostu wojsko rządowe wzniosło barykadę. Szwoleżerowie zrobili w niej wyłom, którym przeszedł prezydent. Z drugiej strony do mostu samochodem podjechał Piłsudski. Był ubrany w błękitny kostium marszałka. Wyciągnął dłoń na powitanie. Wojciechowski to zignorował. Piłsudski niemal siłą wziął go pod ramię i pociągnął ku balustradzie. Tam rozmawiali. Krótko. Do porozumienia nie doszło. Marszałek żądał zdymisjonowania premiera Witosa. Prezydent odmówił, polecając z kolei marszałkowi odesłanie żołnierzy. Piłsudski odrzekł, że dla niego nie ma już odwrotu.

Po odjeździe prezydenta Piłsudski usiłował przekroczyć most, ale żołnierze zagrozili, że mają rozkaz go nie przepuszczać i w razie podjęcia takowych prób będą do niego strzelać.

Żołnierzom Piłsudskiego udało się jednak opanować most Kierbedzia i to tam wkrótce padły pierwsze strzały.

                                                                                                                     

Seiren – Spacery po Warszawie

Baba z Bristolu


Bristol_Hotel,_Warsaw_1901

Najstarszymi recepturami, które do dziś są wykorzystywane w cukierni Hotelu Bristol są przepisy na babkę piaskową i faworki.

Cukiernicy twierdzą, że oba pochodzą z początku XX wieku i są przekazywane kolejnym pracującym tu cukiernikom. Kiedy w 1981 roku hotel zamknięto, cukiernicy rozpierzchli się po świecie, a z nimi zniknęły przepisy.

Na szczęście zostały odzyskane przez pewną praktykantkę, która dołączyła do cukierni w 1992 roku. Mąż owej praktykantki, również cukiernik, pracował w hotelu do jego zamknięcia i przekazał żonie receptury, które przechowywał i strzegł przed obcymi.

W taki sposób zachowano smak sprzed stu lat😀

Powyżej cukiernia hotelu w roku 1901, czyli zaraz po otwarciu.

                                                                                                                     

Seiren – Spacery po Warszawie

Legenda o Auguście nie takim Mocnym


XVIII

Z czasów panowania Augusta Mocnego zachowało się wiele legend. Jeden z nich opowiada o regimentarzu Cieńskim, mieszkającym nad Dniestrem. Cieński słynął za swojej niezwykłej siły. Któregoś dnia powiedziano królowi, że Cieński jest silniejszy od niego. Zirytowało to króla, który kazał zawezwać regimentarza do Warszawy. Cieński przybył do stolicy i stawił się przed królem.

— Słyszałem, że wy generale mocniejsi ode mnie, zechciejcie pokazać swoją siłę — oświadczył August.
Cieński, nie mówiąc ani słowa, wziął jedną z przygotowanych uprzednio żelaznych szyn. Zaczął ją wyginać jak leszczową obręcz. Zbliżył się do dwu żołnierzy, stojących na straży. Każdemu z nich założył sztabę na szyję, tak, że jej zdjąć nie potrafili. Zwrócił się następnie do króla i oświadczył:

— Najjaśniejszy pan raczy zdjąć z drabantów te halsztuki.

August Mocny daremno jednak próbował zdjąć to żelazne krawaty. Zawezwano kowala, znanego ze swej siły. Ten oświadczył, że zdejmie sztaby żelazo, ale w kuźni. Cieński wówczas przystąpił do żołnierzy i zdjął sztaby, które następnie wyprostował i ustawił w kącie komnaty.

Czy ta historia może być prawdziwa, wnikać trudno, ale że nie miała miejsca w Zamku Królewskim, w formie takiej jaki widać na powyższym planie przebudowy z XVIII wieku, tego jestem pewien  :D

                                                                                                                     

Seiren – Spacery po Warszawie

 

Piotr Wysocki bohaterem narodowym jest


Wysocki

Piotr Wysocki bohaterem narodowym jest i trudno się z tym kłócić. Ja nie zamierzam😀

Podczas obrony Warszawy w 1831 roku był dowódcą 10 pułku piechoty liniowej, został ranny podczas walk na Woli i 6 września dostał się do niewoli.

Został dwukrotnie skazany na śmierć, ale wyroków nie wykonano. Przeżył za to długotrwałe przesłuchania w klasztorze Karmelitów na Lesznie. Nie załamał się i po trzyletnim więzieniu zesłano go na ciężkie roboty na Syberię.

Tam za nieudaną próbę ucieczki skazano go na karę półtora tysiąca kijów. Kara ta w ówczesnych czasach nie mogła być wymierzana osobom stanu szlacheckiego, jednakże Piotr Wysocki został w 1834 roku formalnie pozbawiony szlachectwa wyrokiem sądu, więc nie było przeszkód. Warto nadmienić, że taka liczba razów zazwyczaj równała się wyrokowi śmierci.

Jednak Wysocki cudem przeżył i został karnie przeniesiony na katorgę do kopalni miedzi, gdzie pracował przykuty do taczki. Na mocy amnestii carskiej w 1857 roku, pozwolono mu wrócić do kraju, z zastrzeżeniem, że ma się trzymać z dala od Warszawy.

Zamieszkał w podarowanym mu przez społeczeństwo domu w Warce na ulicy Wójtowskiej. Pozostał osobą samotną, nigdy się nie ożenił.

Zmarł 6 stycznia 1875 roku jako bohater narodowy i pochowany został na wareckim cmentarzu. Na płycie nagrobnej wyryto napis: „Wszystko dla ojczyzny – nic dla mnie”.

Ale by nie było zbyt podniośle, dwie opinie o Wysockim wystawione przez mu współczesnych. Podpułkownik K. Olędzki mówił o nim tak: „Wskutek tego doniesiono mi, iż od podchorążych uczy się języków i innych nauk; przy tej okazji dowiedziałem się, iż jest tępego pojęcia, a nawet cała szkoła uważa go za człowieka ograniczonego”.

Podobne zdanie miał o nim generał L. Bogusławski, lustrując na Woli 10 pułk piechoty liniowej w przededniu szturmu rosyjskiego: „Takiemu dziwnemu instruktorowi Szkoły Podchorążych rewolucje robić i gęsi wodzić, a nie pułk rekrucki do boju hartować”.

Biografie Wysockiego podzielają tę opinię o nim, dodając przy tym, że braki w talencie nadrabiał, na ile się da, wytężoną pracą nad sobą. Gdy władze rosyjskie zabrały jego papiery z kwatery na Widok nr hip. 1575, okazało się, że pilnie studiował matematykę, literaturę klasyczną, język francuski oraz dogłębnie studiował kampanie napoleońskie.

Cóż więc z tego wynika? Ano nie trzeba być geniuszem, by zostać bohaterem narodowym. Wystarczy chcieć i wytrwale dążyć do celu😀

                                                                                                                     

Seiren – Spacery po Warszawie

 

Była taka ulica – Miła


Ulicę Miłą wytyczono w 1770 roku i sięgała od placu Muranowskiego do Smoczej. Nie długo trwało, a ulicę skrócono. Kończyła się na Dzikiej, czyli późniejszej Zamenhofa. Ponownie przedłużono ją na przełomie lat 70/80 XIX wieku, zasypując przy okazji gliniankę.

Pierwsza kamienica frontowa powstała w 1862 roku pod nr 19. Od końca lat 70. po początek lat 90. XIX wieku trwa z rożną intensywnością wzmożony ruch budowlany, pojawiały się nowe kamienicy, nierzadko zastępujące dawne drewniane budynki. W następnych latach wznoszono głównie oficyny lub nadbudowywano starsze budynki. Z racji zamieszkiwania tu głównie biedoty żydowskiej ulica należała do najbardziej zaniedbanych.

Jak taka zaniedbana ulica wyglądała w okresie międzywojennym, widać na poniższym zdjęciu. Pierwsza kamienica po prawej to Miła 2 z apteką Władysława Bzowskiego, działającą od 1921 roku.

Miła 2 i dalej 1935, Bzowski od 1921

Ale to nie wszystko. Otóż była sobie taka kamienica na Miłej 18, która powstała w latach 90. XIX wieku. W niej to podczas powstania w getcie funkcjonował bunkier oddziałów żydowskich. Tu schronienie znalazł sztab powstańczy z Mordechajem Anielewiczem na czele i tu niemal wszyscy popełnili zbiorowe samobójstwo w ostatnich chwilach zrywu. Do dziś pod gruzami kamienicy spoczywają ich szczątki.

Jak wyglądała ta kamienica?

Wszystko wskazuje na to możemy ją zobaczyć na poniższym zdjęciu z okresy międzywojennego. Pierwsza po prawej jest najprawdopodobniej podwójna, wysoka kamienica Miła 16. Kolejna, dwupiętrowa z mansardowym dachem i jednym balkonem na wysokości pierwszego piętra, byłaby naszą kamienicą Miła 18.

Miła 16 i dalej 1935

                                                                                                                     

Seiren – Spacery po Warszawie

Plac Bankowy z lotu ptaka


Plac Bankowy

Tak 190-letni dziś plac Bankowy prezentował się w dwudziestoleciu międzywojennym. Jak dla mnie całkiem elegancko. Niestety wojna zrobiła swoje, a późniejsza odbudowa wcale nie pomogła wizerunkowi, choć mogło nie być tak źle.

W 1952 roku rozpoczęta prace nad projektem wschodniej pierzei placu. Miała się tam mieścić siedziba Ministerstwa Budowy Miast i Osiedli. Budynek zaprojektowano w formie klasycystycznej, korespondującej z gmachami Corazziego. Toczyła się również dyskusja czy plac ma być prostokątny czy skośny jak przed wojną.

Kopano już fundamenty pod gmach Ministerstwa Budowy Miast i Osiedli, gdy przyszła decyzja o wstrzymaniu realizacji aż do momentu rozstrzygnięcia konkursu na Śródmieście Warszawy. W tej sytuacji doły wykopane pod fundamenty ministerstwa zostały zasypane. W następnych latach spaskudzono plac, stawiając siedmiopiętrowy, klocowaty budynek mieszkalny, harmonizujący z otoczeniem jak bomba atomowa z Hiroszimą – niby ma coś wspólnego, ale żeby od razu razem?

Równie dopasowany do otoczenia jest Błękitny Wieżowiec, wcześniej znany jako Złoty. Sam w sobie może by się obronił, ale w istniejącej konfiguracji przestrzennej, najlepiej stanąć do niego – i bloku mieszkalnego również – tyłem i spojrzeć w kierunku zachodnim. Wtedy zmysł estetyczny nie zostanie porażony, a wręcz przeciwnie – mile połechtany :D

                                                                                                                     

Seiren – Spacery po Warszawie

Wrześniowe prezenty od Czechów


szkolna

Kamienica na Szkolnej 6 była siedzibą poselstwa Łotwy, choć to nie uchroniło budynku przed niemieckim ostrzałem artyleryjskim.

A oto kolejna relacja Łotyszy z okupowanej Warszawy:

„Budynek Poselstwa więcej ucierpiał 16 września i 18 września. 16 IX pocisk z haubicy wybuchnął na trzecim piętrze [według polskich standardów liczenia było to piętro drugie 😀 ] , niszcząc salon mieszkania Posła Ēķisa z większą częścią jego urządzenia, przebił się przez dwie ściany i podłogę, czyniąc uszkodzenia także na II piętrze. Drugi pocisk z haubicy wybuchł na II piętrze, niszcząc balkon znajdujący się nad wejściem […]. Zniszczenia od tych dwóch pocisków były wielkie i fasada Poselstwa od strony ulicy silnie ucierpiała[…].

Następne trzy trafienia miały miejsce 18 IX, kiedy ostrzał był szczególnie silny. Tym razem wszystkie pociski trafiły w budynek od strony podwórza, przy tym jeden uderzył w ścianę dolnego piętra między dwoma oknami kancelarii, wyrywając olbrzymi kawałek muru, wywalając okna ze wszystkimi ramami i okiennicami, łamiąc kilka krzeseł i zarzucając dwa pokoje
kancelarii cegłami i gruzem. Z sufitu oderwano i rozbito także kilka lamp. Wybuch pocisku częściowo zniszczył również worki z piaskiem, którymi były założone okna piwnicy przed kancelarią […]. Dwa pociski, przebijając się przez strych sąsiedniego domku, wyrwały dziurę na drugim piętrze budynku Poselstwa, niszcząc dwa pokoje, przy tym jeden 6-calowy granat pozostał
niewybuchnięty na podłodze. W budynku Poselstwa wybite zostały
wszystkie okna, a w bramie ulicznej wybite zostało grube szkło kryształowe, które teraz zamieniono płytą metalową. Wszystkie pociski, które trafiły budynek Poselstwa, to granaty artyleryjne […].

Wracając do granatów, które wybuchły w Poselstwie, należy zaznaczyć, że z pomocą pułkownika Ķikulisa wywnioskowaliśmy, że to były niemieckie pociski. Granat, który nie wybuchł, też był niemiecki. Polski komisarz nas informował, że takich niezdetonowanych pocisków w Warszawie jest koło 300 i że w kilku z tych, które były odkryte, znaleziono kartkę z takim
napisem: „ten granat nie wybuchnie, Czesi” [ 😀 ]. Jak wiarygodna jest ta informacja, trudno powiedzieć.”

                                                                                                                     

Seiren – Spacery po Warszawie

Łotysze o Warszawie w pierwszych dniach września 1939 roku


szkolna

We wrześniu 1939 roku, oprócz wielu innych zagranicznych poselstw, w Warszawie znajdowali się dyplomaci z Łotwy. Siedziba poselstwa znajdowała się na ulicy Szkolnej 6 – na zdjęciu to ten biały budynek po prawej stronie.

A co Łotysze pisali o pierwszych dniach wojny?

1 września

„Wrażenia pierwszego dnia wojny jeszcze nieokreślone i niejasne. Mieszkańcy w Warszawie zachowują się zadziwiająco spokojnie, paniki i nerwowości jest mniej niż podczas próby alarmu ataku powietrznego i podczas zeszłotygodniowego zamieszania w związku z dostarczeniem żywności.”

„Większa część poselstw w Warszawie i szczególnie szefowie misji zabezpieczyli się, wybierając miejsca pobytu poza Warszawą, bojąc się bombardowania i ataków gazowych. Pierwsze bombardowania to fakty dokonane, jednak ja jestem zdecydowany nie wychodzić.”

2 września:

„Z życia Warszawy w ciągu pierwszych 2 dni wojny wrażenia jak najlepsze. Zachowanie publiczności zdyscyplinowane i opanowane. Nie ma żadnej nerwowości. W sklepach jeszcze wszystko można dostać, oprócz niektórych towarów, których nie ma w ogóle (drożdże) albo które są sprzedawane z ograniczeniami (sól). Brakuje również suszonego mięsa. Chłopi
skarżą się na rekwizycję koni, która odjęła możliwość dostarczania towaru w wystarczających ilościach. Wieczorami i w nocy Warszawa w całkowitej ciemności. Okna zaklejane plastrami papieru przeciwko pęknięciom od detonacji bomb i artylerii […]. Podczas alarmu widać, że publiczność już się przyzwyczaiła do przepisów i w ciągu paru minut miasto zamiera i pozostaje spokojne. Jedynie członkowie grup obrony przeciwpowietrznej (LOPP) pilnują ulice i obserwują powietrze, żeby zauważyć nieproszonych gości i spotkać ich ogniem artylerii przeciwlotniczej. Wczoraj z okien poselstwa można było widzieć, że cały horyzont był zasiany chmurkami od dymu pękających pocisków.”

4 września

„O życiu w Warszawie należy powiedzieć, że z każdą chwilą staje się cięższe. Są trudności z komunikacją, żywnością, nie mówiąc wcale o różnych wygodach, a główne nie ma spokoju ani we dnie, ani w nocy od bombardowań niemieckich i życie jest całkiem niepewne. Warszawiacy trzymają się dziarsko i pokazują zimną krew i dyscyplinę.”

                                                                                                                     

Seiren – Spacery po Warszawie

Jaki był Sokrates Starynkiewicz?


Pogrzeb_Sokratesa_Starynkiewicza_w_Warszawie_26_sierpnia_1902

Prezydent Sokrates Starynkiewicz kojarzony jest głównie jako ten, który doprowadził do wybudowania w Warszawie wodociągów i kanalizacji z prawdziwego zdarzenia, choć za jego kadencji miasto unowocześniało się również pod innymi względami.

Ale jakim był człowiekiem?

Aleksander Świętochowski pisał o nim tak:
„Pewnego razu przed kilkunastu laty wszedł do mnie wysoki, chudy generał rosyjski. Wszedł on tym skromnie i łagodnie ujmującym ruchem człowieka wytwornego, który za progiem zostawia przywileje swego stanowiska…
– Jestem Starynkiewicz, prezydent miasta. Po polsku niestety nie mówię, ale rozumiem. Racz więc pan w rozmowie naszej używać swego języka… Przychodzę usprawiedliwić przed panem mój projekt kanalizacji wobec zarzutów pana Blocha.”

„Starynkiewicz mógł nie zważając na Blochów i innych przeciwników zaprowadzić taką kanalizację, jaka mu się podobała. On tymczasem rozesłał jej projekt do wszystkich organów prasy, odpowiadał w niej na wszystkie zarzuty, nawet potwarze, pisał, tłumaczył ustnie, usprawiedliwiał się przed każdym. Zdawało się, że gdyby usłyszał, że strażnik na ratuszu ma przeciwne zdanie, poszedłby na wartownię, żeby go przekonać. Nie był zdolny posługiwać się władzą jako siłą nadaną, samowolną i niezależną, w nim zmieniała się ona ciągle w etykę.”

Starynkiewicz nie był człowiekiem, który odmawiał potrzebującym. Któregoś dnia pewien urzędnik – i to Polak – zwrócił się o zapomogę do kasy miejskiej. Gdy okazało się, że miasto nie ma na ten cel funduszy, prezydent zdjął z kominka dwa stare pamiątkowe lichtarze i rzekł: Niech pan to sprzeda lub zastawi.

Innym razem, kiedy po nagłym zgonie miejskiego kasjera wykryto manko, bez wahania wyłożył z własnej kieszeni 17 tys. rubli. Uważał, że jako zwierzchnik i za to jest odpowiedzialny. Władze nakazały jednak zwrócić mu pieniądze.

Prace nad sztandarowym projektem jego prezydenckiej kadencji rozpoczęły się w roku 1883. W 1885 roku Wisła zmieniła koryto i prezydent zadecydował o zakupie za pieniądze miasta pogłębiarki rzecznej. Niestety, urządzenie źle funkcjonowało na rzece. Co zrobił Sokrat Starynkiewicz? Natychmiast wyłożył własnych 22 tys. rubli do kasy miejskiej, czuł się bowiem winien zmarnowania pieniędzy publicznych. Pogłębiarkę sprzedano za 12 tys. rubli i tyle pieniędzy mu zwrócono.

I choć był Rosjaninem, i zaborcą, to czy warto pamiętać o takim człowieku? Czy słusznie mieszkańcy Warszawy uhonorowali go, nie wymazując nazwy placu jego imienia? :D

Sokrates Starynkiewicz zmarł 23 sierpnia 1902 roku. Trzy dni później odbył się pogrzeb w cerkwi na Długiej. Na zdjęciu widać kondukt pogrzebowy na placu Teatralnym, zmierzający na cmentarz prawosławny na Woli.

                                                                                                                     

Seiren – Spacery po Warszawie

„Na orła” i „na cycku”


Nowy Świat w czasie okupacji

Jazda tramwajem nie zawsze jest przyjemna i nie zawsze miejsce znajduje się w środku, więc czasem może przybierać formy niemal artystyczne, toteż można wybaczyć losowi te kilka kłód rzuconych pasażerowi pod nogi.

Formacje tworzone przez spragnionych jazdy tramwajem dzieliły się na indywidualne:
„na orła” – kiedy pasażer miał możliwość chwycenia się tramwaju jedynie jedną ręką i z jedną noga na schodku, odchylając ciało ku jezdni. „Orłów” mogło być całe stado;
„na cycku” – to forma wybitnie samotnicza, polegająca na ulokowaniu się na… „cycku” właśnie, czyli elemencie z przodu lub tyłu wagonu, służącym do łączenia wagonów.

oraz znana była również formacja grupowa:
„na winogrono” – tu należało współpracować z pozostałymi pasażerami. Jeden łapał się drugiego i tak wspólnie objęci, niczym kiść winogron, jechali przez miasto.

Tę ostatnią formację widać na zdjęciu z czasów okupacji, zrobioną przy wylocie Nowego Światu na plac Trzech Krzyży. Z resztą widać jeszcze sposób mniej oficjalny – jazdę na dachu😀

W tej okolicy Mały Sabotaż wraz ze służbami miejskimi stworzył sztukę, którą wpierw zaliczono do kategorii malarstwo, lecz później trzeba było przenieść ją do działu rzeźb…
…a o tym m.in. można posłuchać na spacerach z serii „Wojna warszawsko-niemiecka” – zapraszam🙂

                                                                                                                     

Seiren – Spacery po Warszawie

« Older entries

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

%d bloggers like this: